Długo zwlekałam z napisaniem tego postu – musiałam zwyczajnie poczekać, aż treść tej książki przestanie ingerować w moją codzienność.
Tak, myślałam o tej powieści naprawdę dużo. Wszystkie wątki kilka dni po jej skończeniu wciąż wirowały mi w głowie. Chyba się jednak temu nie dziwię – doszłam bowiem do wniosku, że ta powieść była zwyczajnie za krótka. 😂 Mam wrażenie, że przeczytałam dosłownie trzy strony, a nie ponad trzysta. Halo Panie Autorze następnym razem poproszę o co najmniej tysiąc, żebym mogła, chociaż spokojnie spać, a nie zastanawiać się, co będzie dalej z bohaterami, których udało mi się tutaj poznać i polubić (firmy zajmujące się produkcją kawy lubią to). 😂
Jak więc pewnie się domyślacie – książka koszmarnie mnie wciągnęła w swój wir wydarzeń. Tym bardziej że ciągle się coś w niej działo, czego kompletnie nie byłam w stanie przewidzieć, a każda kolejna strona (przynajmniej na początku) rodziła więcej znaków zapytania niż odpowiedzi. Głównym tego powodem była mnogość bohaterów. Niestety przez ich ilość niejednokrotnie udało mi się pogubić w światach przedstawionych. Jednak mniej więcej w połowie (po naprawdę wymagającym początku) dostajemy historię, od której człowiek nie potrafi się oderwać i tylko się zastanawia co jeszcze stanie na drodze naszym bohaterom.
Historię tą poznajemy z perspektywy dwóch postaci. Jedną z nich jest Bren, czyli taki trochę oszukista i jeśli mam być szczera jego kreacja zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Ciężko mi nawet powiedzieć, dlaczego – chyba zwyczajnie zaimponował mi swoim sprytem i przebiegłością. Łeba jest natomiast postacią pochodzącą z zupełnie innej planety, gdzie większość jej mieszkańców jest upierzona.
Ich losy pewnego dnia się połączą – ale nie w taki sposób, w jaki sobie to wyobrażacie.
